Paralaksa tła

Ibiza – wyspa, która nigdy nie śpi

„Slow life – zwolnij i zacznij żyć”
19 lipca 2016
Inspiracja na śniadanie – owsiane placuszki z owocami
29 lipca 2016
 

Czas mija zdecydowanie za szybko. Dopiero co ekscytowałam się na miesiąc przed urlopem i w myślach układałam rzeczy w walizce, a tu proszę ! 27 lipca, niemalże półmetek wakacji a ja dwa tygodnie temu wróciłam z wakacji.Wszystko co dobre szybko się kończy i takim hasłem podsumować mogę mój urlop, który drugi rok z rzędu spędziłam na Ibizie.

 

Nigdy wcześniej o tym nie wspominałam, ale muzyka (w szczególności klubowa) od wielu lat jest moją ogromną pasją. Nasza miłość rozpoczęła się około dziesięć lat temu. Na przestrzeni lat zwiedziłam niemal wszystkie masowe imprezy z muzyką elektroniczną w Polsce, bawiłam się na wielu edycjach Mayday czy Sunrise. O ironio, nie jestem typem imprezowiczki. Nie w głowie mi cotygodniowe chodzenie po klubach i poranne powroty do domu. W tym wypadku stawiam na jakość – wolę 3 razy do roku wybrać się na dużą masówkę, która całkowicie zaspokoi mój głód dobrego brzmienia, niż rozmieniać się na drobne i co tydzień tupać nogą w pobliskich, niezbyt ciekawych klubach.

Od zawsze na szczycie listy marzeń był dla mnie wyjazd na Ibizę, która jak wiadomo jest klubową stolicą świata. Mieszkańcy wielu odległych zakątków globu zjeżdżają się tam latem, aby wspólnie bawić się przy muzyce serwowanej przez światowej klasy dj’ów. Na ubiegłoroczny urlop zabrałam niestety wiele problemów osobistych, przez co nie mogłam korzystać z uroków tej wyspy tak mocno, jak planowałam. Wyjeżdżałam z wielkim niedosytem i postanowiłam sobie, że kiedyś obowiązkowo tam wrócę. Marzenie zrealizowałam 6 lipca :-)

 
Cały rok żyjemu z zegarkiem w ręku z trudem znajdując czas na relaks.
Z tego powodu wraz z partnerem postanowiliśmy, że ten urlop będzie całkowitym zaprzeczeniem naszego normalnego funkcjonowania – postanowiliśmy bawić się do bólu. Założenie udało się zrealizować w 110 % - do hotelu dotarliśmy około 21, a półtorej godziny później byliśmy już w pierwszym klubie z listy „to do” – mowa o słynnej na cały świat Pachy , której popularnym logiem są dwie dojrzałe wisienki. Tego wieczoru główną gwiazdą był Martin Solveig, który uraczył nas znakomitym house’owym setem. Tej nocy na parkiecie królował house, zabawa była przednia, a dźwięk z głośników idealnie krystaliczny (takiej jakości nie słyszałam w żadnym innym miejscu na świecie i za to najbardziej kocham Pachę).
 
 
Dni upływały nam głównie na relaksie i odpoczynku przy hotelowym basenie, oraz na spacerach po malowniczym, gwarnym i pełnym uśmiechniętych ludzi San Antonio. Wieczór był czasem kolacji, a po kolacji wodna taksówka za 3 euro „zawoziła” nas z powrotem do centrum San Antonio, skąd autobusem udawaliśmy się na kolejną imprezę. W jednym klubie (o ile coś takiego w ogóle można nazwać klubem) spodobało się nam zdecydowanie najbardziej, po pierwszej wizycie wróciliśmy tam kolejne dwa razy.
 
 
Gdy odwiedziłam to miejsce po raz pierwszy w ubiegłym roku, nie miałam pojęcia gdzie tak naprawdę idę. Gdy przeszłam kontrolę na bramkach i nareszcie dostałam się do środka, mówiąc kolokwialnie szczena mi opadła ;-) Po raz pierwszy ujrzałam ogromną scenę na świeżym powietrzu , a pod nią miejsce do zabawy i baseny, w których pluskały się tłumy roztańczonych ludzi. Pomyślałam, że chyba umarłam i znalazłam się w raju. Ciekawostką na temat Ushuai jest fakt, że imprezy rozpoczynają się tam o 17 (lub o 15) i trwają do północy. O tym miejscu mogłabym pisać w nieskończoność, jednak gdybym miała zawrzeć jego kwintesencję w kilku hasłach, byłyby to: tłumy uśmiechniętych, kolorowych i przyjaźnie nastawionych ludzi, doskonała muzyka i gwiazdy oraz wrażenia wizualne nie do podrobienia (płytkie baseny dla imprezujących, efekty pirotechniczne, darmowe gadżety rozdawane przez hostessy powiązane z tematyką danego wieczoru, światła i lasery, a nawet samoloty podchodzące do lądowania tuż nad naszymi głowami – WOW !).
 
 
 

Większość pozostałych klubów zaprasza tłumy dopiero o północy, a zabawa trwa do szóstej rano. Poza Ushuaią i wspomnianą Pachą, tym razem mieliśmy przyjemność bawić się również w Space i w słynnej Amnesii – coś pięknego!

Dodam tylko , że przez całą noc spod każdego z klubów kursują lokalne autobusy, którymi za kilka euro można z powrotem dostać się do centrum San Antonio, a stamtąd do hotelu.

W trakcie tygodniowego pobytu zaliczyliśmy sześć imprez w czterech klubach. Bawiliśmy się przy dźwiękach światowej klasy dj’ów, kosztowaliśmy lokalnych przysmaków ( paella z owocami morza – mistrzostwo świata !), pluskaliśmy się w morzu, piliśmy kolorowe drinki z parasolką, wraz z setkami osób oglądaliśmy zachody słońca w Cafe Mambo, a nawet pływaliśmy na skuterze wodnym. Było niesamowicie, przeżyłam przygodę życia i ogromnie żal było mi opuszczać to miejsce. Wracając do Polski powiedziałam sobie to samo, co w ubiegłym roku - jeszcze tam wrócę. I wrócę!

 
 
Głód muzyczny zaspokoiłam do tego stopnia, że radia w samochodzie zaczęłam słuchać dopiero kilka dni po powrocie :P
Na czas urlopu odpuściłam sobie dietę, jadłam co chciałam, jednak na moim talerzu zawsze było dużo warzyw i grillowane mięsko. Cyfry na wadze delikatnie się zmieniły, ale po takiej przerwie bardzo miło wraca się do zdrowych nawyków. Niebawem po nadwyżce nie powinno być śladu, już się za to zabrałam :-)
W przyszłym tygodniu pojawi się kolejny wpis szerzej poświęcony praktycznym informacjom i wskazówkom dla osób zainteresowanych życiem nocnym Ibizy. Na koniec kilka zdjęć :)
 
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *